Motyle nie umierają

Rankiem 20 lipca 1944 roku słońce wzeszło nad Wołominem tak spokojnie, jakby wojna była jedynie złym snem. Piętnastoletnia Halinka Brzuszczyńska stała przed niewielkim lustrem i poprawiała chustkę. Spod materiału wymykały się ciemne loki. Miała na sobie swoją ulubioną sukienkę – kwiecistą z motylkami. Pod pachami widać było ślady kilkukrotnego zszywania, lecz Halinka nie zwracała na nie uwagi. Lubiła tę sukienkę. Przypominała jej świat, który istniał przed wojną – pełen szkolnego gwaru, spacerów i marzeń. A Halinka miała marzenie. Chciała zostać lekarzem.

Tego dnia również miała ratować człowieka. Ranny w nogę Mietek Tryc potrzebował pomocy. Jego stan się pogarszał i należało przewieźć go do izby chorych w Helenówku. Halinka, nosząca w konspiracji pseudonim „Mała”, sprawdziła zawartość torby sanitarnej. Bandaże, strzykawki, środki odkażające. Wszystko było na swoim miejscu. Za staniczek wsunęła niewielki pistolet – belgijkę. Nie chciała z niego korzystać. Była sanitariuszką. Jej bronią miały być bandaże, opanowanie i nadzieja. Przed domem czekali na nią Romek Grabowski „Dąb”, Janek Baniszewski „Łapka” i Wacek Maciaszek „Gangster”. Halinka szczególnie lubiła Romka. Gdy podjechał rowerem, uśmiechnął się i wskazał miejsce na ramie.

– Wsiadaj, Mała. Droga sama się nie przejedzie.

– Tylko mnie nie zrzuć – odpowiedziała

– Prędzej rower się rozpadnie!

Ruszyli polnymi ścieżkami i leśnymi duktami. Wokół pachniały nagrzane trawy. Gdyby nie odległe odgłosy wojny, można byłoby uwierzyć, że są zwyczajną grupą młodych ludzi wybierających się na letnią wycieczkę. Ale każdy z nich wiedział, że może nie wrócić. W Leśniakowiźnie zdobyli furmankę z karym koniem. Na wóz wrzucili trochę siana, grabie i kosę. Torbę sanitarną Halinki ukryli pod derką. Gdyby zatrzymali ich Niemcy, mieli powiedzieć, że jadą na sianokosy.

– Wyglądam jak prawdziwa wiejska dziewczyna? – zapytała Halinka. Romek spojrzał na kwiecistą sukienkę i chustkę.

– Wyglądasz, jakby wojna w ogóle nie miała do ciebie dostępu. Halinka uśmiechnęła się, lecz po chwili spoważniała.

– Oby tylko Mietek wytrzymał.

Kiedy dotarli do rzeki Czarnej w Majdanie, słońce stało wysoko. Żar lał się z nieba. Zatrzymali furmankę przy mostku i zeszli do wody. Przez kilka minut znów byli dziećmi. Chlapali się, śmiali, zapominając o pistoletach, fałszywych dokumentach i strachu.Wtedy pojawił się miejscowy gospodarz, Władysław Gawryś.

– Co wy robicie?! – zawołał. – Po tym moście często jeżdżą Niemcy!

Jeden z chłopców roześmiał się.

– My się Niemców nie boimy!

Gospodarz nie odpowiedział uśmiechem.

– Nie jedźcie główną drogą. Niedawno widziałem tam Niemców. Jedźcie polną.

Przez chwilę stali w milczeniu. Polna droga była dłuższa i trudniejsza dla furmanki. Mietek czekał, a każda minuta mogła decydować o jego życiu. Wybrali główny trakt. Koła wozu toczyły się po suchej ziemi. Koń parskał niespokojnie. Halinka obserwowała motyla, który przez chwilę leciał obok furmanki. Był żółty, podobny do jednego z tych na jej sukience. Nagle zza zakrętu wyłonił się niemiecki wóz. Czas zatrzymał się na jedno uderzenie serca. Chłopcy sięgnęli po broń. Rozległy się strzały. Koń szarpnął uprzężą, a powietrze przeszyła seria z pistoletu maszynowego. Romek, Janek i Wacek. Jeden po drugim upadali na rozgrzaną ziemię. Halinka siedziała nieruchomo na furmance. Nie strzelała. W dłoniach ściskała lejce.Niemcy podbiegli do wozu. Jeden z żandarmów rozkazał jej zejść.

Znaleźli bandaże. Znaleźli lekarstwa.Znaleźli także pistolet.Halinka stanęła przy drodze. Miała piętnaście lat, pięć miesięcy i dwadzieścia dni. Była uczennicą. Sanitariuszką. Dziewczyną, która marzyła, by zostać lekarzem.Być może w ostatniej chwili pomyślała o matce.Być może o rannym Mietku.A może patrzyła na drzewa rosnące przy drodze i zastanawiała się, dlaczego w taki piękny dzień człowiek może uczynić drugiemu człowiekowi tak wielkie zło.

Padły strzały. Kwiecista sukienka osunęła się na ziemię. Tej samej nocy żołnierze podziemia zabrali ciała poległych: Halinki, Romka, Janka i Wacka. Pochowano ich razem, cicho, bez uroczystego pogrzebu, bez tłumu i bez pożegnania najbliższych. Jednak pamięci nie udało się pochować. Po wojnie młodzi harcerze przychodzili na ich mogiłę. Przynosili kwiaty, biało-czerwone chorągiewki i pieśni, których nie potrafiła uciszyć żadna władza. Brat Halinki przechowuje do dziś jej ubrania, poszarpane i zakrwawione. Minęły dziesięciolecia. Zmieniły się drogi, domy i ludzie. Na sukience nadal pozostały kwiaty i motyle. Bo choć człowieka można zabić, nie można zabić jego odwagi. Nie można zastrzelić marzenia. I nie można odebrać skrzydeł tym, których zachowaliśmy w pamięci./Anna Wojtkowska, Jacek Brzuszczyński/


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *